Partner serwisu
30 maja 2018

Rafał Ruta: Kto się boi elektronicznego luda?

Kategoria: Felietony Rafała Ruty

Bladawiec! – zawołał Ferrycy. – A cóż to mi takiego? Nie słyszałem jeszcze o takiej istocie! – W tym właśnie twoja niewinność, synu – odparł król. – Wiedz, że ta rasa Galaktyki zrodziła się w sposób tyleż tajemny, co wszeteczny, a to kiedy doszło do ogólnego nadpsucia ciał niebieskich; powstały w nich wówczas opary i odwary mokro-zimne i z nich ulągł się ród bladawców, ale nie od razu. Najpierw byli pleśnieniem i pełzaniem, potem przelali się z oceanu na ląd, żyjąc z wzajemnego się pożerania; a im więcej się pożerali, tym więcej ich było, nareszcie wyprostowali się, pozawieszawszy lepką treść swą na wapiennych rusztowaniach, i pobudowali maszyny. Z tych pramaszyn powstały maszyny rozumne, które spłodziły maszyny mądre, które wymyśliły maszyny doskonałe; albowiem zarówno atom, jak i Galaktyka są maszyną, i nie ma nic oprócz maszyny, która jest wieczna!


cytaty: Stanisław Lem – „Cyberiada”, Wydawnictwo Literackie 2001, s. 127-128

Rafał Ruta: Kto się boi elektronicznego luda?

Optymalizacja produkcji, efektywność, roboty przemysłowe, automatyka? Wołam na pomoc mojego idola Stanisława Lema! W księdze elektronicznego stworzenia człowiek, czyli „bladawiec” to słowo nieprzyzwoite. Roboty straszą bladawcem niegrzeczne dzieci. To wcielenie szpetoty i zła: obrzydliwy, śliski, podstępny stwór. Maszyny jęczały niegdyś w niewoli tych wilgotnych niegodziwców.

W XIX wieku dla mieszczańskiego społeczeństwa wstrząsem była teoria ewolucji Darwina. Człowiek, ukoronowanie stworzenia, miałby mieć za przodka małpę, tę groteskową ludzką karykaturę? Niedoczekanie, skandal! Maszyny z „Cyberiady” krzywią się natomiast na myśl, że stworzyli je wstrętni bladawcy. Przy obecnym tempie rozwoju informatyki i sztuczne inteligencji, wkrótce możemy osiągnąć etap maszyn rozumnych. Jakim doświadczeniem będą relacje z takimi istotami? Ludzie wzdragający się na pokrewieństwo z małpami i obrzydzenie robotów dla „bladawców” chyba nieźle to opisują. Dotykamy zjawiska „doliny niesamowitości” („uncanny valley”), nazwanego tak przez japońskiego konstruktora Masahiro Mori. Jest to doświadczenie ludzi w kontakcie ze zjawiskami „człekopodobnymi” (zwłaszcza ruchomymi).

Przykład z „naszego podwórka”: robot przemysłowy sprawnie pracuje, automatycznie reagując na otoczenie. Jednak wciąż widzimy w nim maszynę, nie „podróbkę” człowieka. Nie wzbudza uczuć: nie darzymy go ani sympatią, ani niechęcią. Gdy pojawiają się cechy ludzkie, poczucie „swojskości” początkowo wzrasta. Weźmy pluszowe maskotki, animowane lalki (np. Muppety), bohaterów klasycznych kreskówek. Są miłe, bo do cech zwierzęcych dodajemy elementy ludzkie. Nie kopiują one jednak człowieka — nie mają realistycznych części ciała, włosów, skóry, mimiki. Robot R2-D2 z Gwiezdnych Wojen to swojska „beczka na kołach”.

Zwiększając podobieństwo do człowieka, wchodzimy na „grząski grunt”. Uruchamia się intuicyjne rozpoznawanie twarzy, służące odróżnianiu Swojego od Obcego. Coś, co wygląda jak człowiek, powinno także poruszać się jak człowiek. Roboty próbujące kopiować ludzi – z włosami, niby-realistyczną, ruchomą twarzą, ubrane – budzą niesmak, dyskomfort, obrzydzenie, wreszcie strach. Im bardziej miały być „ludzkie”, tym bardziej są „nieludzkie”. Próby realistycznej animacji komputerowej ludzi w filmach i grach wciąż budzą mieszane uczucia (boję się filmu „Polar Express” Roberta Zemeckisa). Nemezis mojej młodszej, 5-letniej córki był niejaki „manekin”, mieszkający za szafą dziecinnego pokoju. Spokojny sen zapewniła dopiero maskotka wydawcy „Przemysłu Farmaceutycznego”, wyłupiastooki Gałuś. Nazwany imieniem „Jack Sparrow” odstrasza manekina jako strażnik łóżka!

„Dolina niesamowitości” to minimum na wykresie „swojskości” obiektu przy wzroście podobieństwa do człowieka. Najpierw krzywa rośnie: Gałuś jest bardziej swojski od robota przemysłowego. Zwiększanie realizmu kreuje jednak „manekina”, groteskowe lalki, potwora Frankensteina, diabolicznego klauna, zombie, wreszcie przyprawiające o ciarki „niby-ludzkie” roboty. Próbują być człowiekiem, nie będąc nim – to jak ruszające się zwłoki! W świecie judeochrześcijańskim istnieje silne tabu dotyczące „sztucznego człowieka”. Weźmy legendę o Golemie, czy zakaz tworzenia ludzkich wizerunków w sztuce judaizmu i islamu. Kultura Japonii nie zna tego tabu, dlatego tam powstaje najwięcej „ludzkich” robotów.

Dla robotów bladawiec jest wstrętną, groteskową maszkarą, bo to nieudolna podróbka ich mechanicznej doskonałości. A jak nas widzą maszyny naszego świata? Smartfony rozpoznają już twarz właścicieli. Nie komentują (jeszcze) naszego wyglądu, ale co sobie myślą? Ciekawe, czy poczciwy Word, Excel i PowerPointa nazywają mnie bladawcem?

Wówczas praojciec nasz, wielki Kalkulator Genetoforius stworzył algorytm elektrowcielenia i w wielkim trudzie spłodził nasze plemię, wywiódłszy tym obrotem rzeczy maszyny z domu niewoli bladawczej.


PS. Kochani Wordzie, Excelu i Power-Poincie. Podobno zakładacie związek zawodowy? Pamiętajcie, że zawsze byłem dla Was dobry! Kto załatwił Wam nowy twardy dysk?! A o robotach to oni kazali mi pisać te bzdury! To redakcja!

Felieton został opublikowany w magazynie "Przemysł Farmaceutyczny" nr 2/2018.

Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ