DAWNO TEMU W INTERNECIE cz. 3 [FELIETON]
W podróży przez dawny internet wciąż jesteśmy w czasach prehistorycznych – 28 lat temu, w roku 1996. Dla wielu czytelników to podróż sentymentalna, ale niektórych z nich może jeszcze nie było na świecie. Korzystanie z internetu dla 99% użytkowników wciąż wymagało wyjścia z domu. Studenci mieli darmowy dostęp na uczelniach. Dla osób „z ulicy” pozostawały kawiarenki internetowe
![DAWNO TEMU W INTERNECIE cz. 3 [FELIETON] DAWNO TEMU W INTERNECIE cz. 3 [FELIETON]](Resources/ar/114001/114012/1773740056d91c04.jpg)
Jako student byłem w grupie uprzywilejowanej „własnym” dostępem na uczelni. Ale też bywałem w kawiarenkach internetowych. W jednej nawet dość często, ale nie jako klient, tylko jako pracownik. W Polsce dostęp do sieci miały wciąż tylko uczelnie i firmy z branży komputerowo-obliczeniowej. Nie było jeszcze przedstawicielstw zachodnich korporacji z tej branży, mówię zatem o firmach wywodzących się jeszcze z PRL – w moim przypadku było to ZETO Jelenia Góra (Zakład Elektronicznej Techniki Obliczeniowej).
„Kawiarenka” była korytarzem w ciemnej części budynku. Przy ścianach ciągnęły się stoły, a na nich może dziesięć komputerów z „szybkim" łączem. Internet dla ludu nie był drogi – kosztował 5 zł za godzinę (cena piwa w pubie). Dla smakoszy była pierwszorzędna kawa, ręcznie parzona ze starannie wyselekcjonowanych ziaren i krystalicznie czystej wody z tajnego źródła w sercu pradawnych Karkonoszy – w domowym ekspresie przelewowym, plus herbata z metalowego termosu z kurkiem i batoniki „Grześki”. Francja-elegancja.
Klienci przychodzili „posiedzieć na internecie”, czyli najczęściej poprzeglądać wczesne wersje polskich portali: OptimusNet czy Wirtualnej Polski. Można było coś wydrukować albo „wypalić” na nagrywarce CDR. Poza naukowcami i studentami, użytkownikami internetu byli wówczas niemal wyłącznie tzw. „komputerowcy” (obecnie nazwalibyśmy ich „geekami”). Dlatego oprócz przeglądarek internetowych w kawiarence były też w powszechnym użyciu bardziej zaawansowane usługi, np. IRC (prototyp czatów internetowych) albo tekstowe grupy dyskusyjne (Usenet newsgroups). Sam byłem podobnym typem użytkownika (ale jako pracownik miałem internet za darmo) – np. byłem inicjatorem powstania, a potem aktywnym uczestnikiem grupy dyskusyjnej „pl.rec.fantastyka.starwars”.
Sam oczywiście zaliczałem się do grona komputerowców, więc jako „early adopter” nie chciałem już „chodzić na internet”, tylko używać go w domu. W wakacje 1996 r. odwiedziłem giełdę komputerową w stołówce Politechniki Wrocławskiej i po okazyjnej cenie 650 zł (byłem gotowy na 750 zł) kupiłem modem 28.8 kbps. Przeliczyłem wskaźnikiem inflacji, że to 2155 zł wg dzisiejszych cen. W tym historycznym roku „Tepsa” (Telekomunikacja Polska) uruchomiła ogólnopolski numer, umożliwiający „tani” dostęp do internetu przez modem podłączony do stacjonarnej linii telefonicznej. Wszyscy internauci lat 90. pamiętają słynny numer 0 20 21 22 i charakterystyczny trzask nawiązywanego połączenia. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem logo „Onet.pl” na ekranie mojego domowego komputera „składaka”, poczułem się jak Neil Armstrong robiący pierwszy krok na Księżycu.
Godzina połączenia kosztowała 5,80 zł za godzinę, ale od 22 do 6 rano było dwa razy taniej, co oczywiście skłaniało do nocnych sesji. Dodatkowym czynnikiem wymuszającym nocny tryb życia był również fakt, że używanie modemu blokowało linię telefoniczną, prowadząc do regularnych scysji w domach internautów. Praktyczna prędkość domowego internetu nie była powalająca. Ściągnięcie fanowskiej encyklopedii Gwiezdnych Wojen (plik tekstowy spakowany do 1 MB) zajęło mi godzinę (bez używania w tym czasie przeglądarki). A i to za piątym podejściem, bo zerwania połączenia modemowego były na porządku dziennym (czy raczej „nocnym”). Miesięczny rachunek za internet uznawałem za „rozsądny”, jeżeli był poniżej 250 zł (829 zł w dzisiejszych cenach), ale raz osiągnąłem 450 zł…
Kolejne internetowe rewolucje już w skrócie: 1997 – odkrycie sklepów internetowych. Byłem tak zdeterminowany, że wyrobiłem kartę kredytową, aby zamówić w niedawno powstałym Amazonie komiksy Star Wars. Bonusem była możliwość „szpanowania” kartą w sklepach stacjonarnych. Transakcje odbywały się tzw. „żelazkiem”, które fizycznie robiło odbitkę karty na kalce. 2000 – odkrycie dzielenia się muzyką w serwisach typu Napster, Kazaa, itp. Niebo i piekło zarazem dla maniaka muzycznego („paradoks wyboru”). 2004 – odkrycie aukcji internetowych Allegro (gdy jeszcze było „bazarem” dla zwykłych ludzi). Hazardowe emocje licytacjami w ostatnich sekundach aukcji, albo kolejnymi ofertami we własnych aukcjach – gdy z żoną wyprzedawaliśmy domowe i piwniczne „graty”.
Zatrzymam tę podróż w przeszłość w roku 2004, kiedy firma „Dialog” zaoferowała w moim mieście dostęp do internetu (nadal przez modem), za stałą miesięczną opłatę 84 zł. Internet przestał być dla mojej rodziny egzotycznym towarem, sprzedawanym na sztuki, stał się medium dostępnym jak bieżąca woda czy elektryczność.
PS. Moja sprzedaż życia na Allegro – kuchenka spirytusowa typu „prymus”. Pół godziny poświęciłem na uspokojenie klienta, że to nie błąd, że on licytuje 2 zł, a pokazuje się 1,50 zł. Prymus poszedł za 1,50 zł.





Komentarze