Partner serwisu
05 listopada 2025

UFO MNIE OSZUKAŁO! [FELIETON]

Kategoria: Felietony Rafała Ruty

Kosmici obiecali panu Zdzisławowi zwycięskie cyfry w Dużym Lotku. Kłamali… Zdzisław Kowalczyk (44 l.) rwie sobie włosy z głowy. Ten rolnik spod Węgorzewa dał się oszukać przybyszom z innej planety. Zielone stwory obiecały mu, że podadzą zwycięskie liczby w Dużym Lotku, jeżeli tylko zgodzi się na eksperymenty medyczne. Pan Zdzisiek przystał na tę propozycję… Dał sobie pobrać krew, ale podane przez kosmitów cyfry okazały się do bani

UFO MNIE OSZUKAŁO! [FELIETON]

Moje dzieciństwo przypadło na okres „komuny” (miałem 16 lat, gdy skończył się PRL). W tymże PRL-u brak kontaktu z zachodnim kulturowym „mainstreamem” skutkował „wymuszoną elitarnością” kultury. Masową rozrywką w TV były np. „Kabaret Starszych Panów”, „Kabaret Olgi Lipińskiej” czy „Teatr Telewizji”. Odcięcie od popkultury zachodniej (oraz cenzura) skutkowały tym, że tzw. klasa robotnicza w poniedziałkowy wieczór oglądała wybitne przedstawienia Teatru TV.

Polskie odpryski „komercyjnych” gatunków kultury były kuriozami, które w PRL-u rodziły się raz na kilka lat, niczym dwugłowe cielęta. Przykładem mogą być dzieła „najgorszego polskiego reżysera”, Marka Piestraka: horror „Wilczyca” czy PRL-owski Indiana Jones – „Klątwa Doliny Węży” (w ZSRR obejrzany przez 25 mln widzów), obecnie kultowe wśród koneserów „złych filmów”. Były też nieoficjalne kontakty z dziełami klasy „B”, głównie przez prywatnie importowane, powielane dziesięciokrotnie i rozprowadzane na targowiskach kasety wideo. Dla mojego pokolenia klasyką jest „Rambo”, „Commando” czy „Nocne Mary” z zamazanym obrazem i nieudolnym lektorem. Nigdy nie zapomnę seansu „Ducha” w tzw. salonie wideo – nie dlatego, że był tak dobry, ale tak inny od filmów z oficjalnego obiegu.

Wśród książek w PRL-u było więcej literatury popularnej. Jej klasyką była seria „Pan Samochodzik”, którą zaczytywali się chłopcy. Tu były pościgi zagranicznych samochodów („Stówą, panie kustosz!”), skarby, tajemnice zamków, a nawet piękne kobiety! Główny bohater był niemalże superbohaterem, z samochodem-amfibią z silnikiem Ferrari, pędzącym po PRL-owskich drogach 260 km/h, a w razie potrzeby zmieniającym się w motorówkę. Żeby nie było zbyt zachodnio i komiksowo, seria promowała też wartości socjalistyczne: stałymi bohaterami i współpracownikami bohatera byli harcerze, a główny bohater pracował dla Ministerstwa Kultury i Sztuki jako detektyw poszukujący zaginionych zabytków i chroniący je przed komercyjnymi handlarzami. Barwnym „arcywrogiem” serii był Waldemar Batura – dawny przyjaciel Pana Samochodzika, niegdyś najlepszy student na roku, a teraz historyk sztuki o wybitnej inteligencji, prezencji i doskonałym guście. Niestety, skusiła go Ciemna Strona Mocy i zaprzedał swój talent zachodniemu czarnemu rynkowi, a zwłaszcza „odwetowcom z RFN”, szabrującym skarby polskich „ziem obiecanych”.

Gdy tylko komuna „rozeszła się w szwach”, pękła też tama trzymająca kulturę masową na dystans. Lata 90. były okresem szalonego, przyspieszonego napływu wszystkiego co niesocjalistyczne. Pierwszym fascynującym aspektem były targowiska, które zapełniły się mnóstwem kolorowych skarbów z Niemiec Zachodnich – ubrań, kosmetyków, chemii gospodarczej, zabawek, elektroniki. Dla mnie magiczny urok miały bajecznie kolorowe, najtańsze napoje gazowane – tablica Mendelejewa w plastikowych butelkach i wszystkich kolorach tęczy: różowe, czerwone, zielone, fioletowe, niebieskie, żółte… Koleżanka celnie je nazwała „napojami z ping-ponga”.

Oficjalna telewizja uchyliła okno na Zachód jeszcze u schyłku PRL-u. W latach 1988-1989 wszyscy włączali w niedzielę o 17:30 program drugi (i ostatni) TVP, aby znaleźć się „Bliżej świata”. Były to fragmenty programów zachodnich telewizji satelitarnych, komentowane przez prowadzącego i zachodnich dziennikarzy – korespondentów w Polsce. Taki telewizyjny „Pewex”. Nie „Starsi Panowie” dla jajogłowych, tylko Benny Hill biegający ze stadkiem roznegliżowanych dziewczyn. Przepraszam, jeden starszy pan był, ale służył Bennemu Hillowi do klepania po łysinie. To się oglądało!

Szturm na księgarnie przypuściły książki typu „pulp fiction” (horrory, romanse typu „Harlequin”, historie o szpiegach, itp.). Namiętnie kolekcjonowałem horrory Grahama Mastertona („Manitou”, „Zemsta Manitou”, itd.). Te bajeczne okładki ze złotymi i srebrnymi wytłoczeniami…

Dla osób wychowanych na świętości druku, szokiem kulturowym było uderzenie z dolnej flanki przez magazyny typu „Skandale”. Znałem osoby wierzące w prawdziwość tych tekstów („przecież piszą w gazecie, nawet są zdjęcia”): „Zgwałcił mnie robot”, „Odebrał żelazko zamiast telefonu”, „Chrabąszcze pożerają wieśniaków w Peru”, „Kobieta urodziła toster”, „Odebrałem poród Yeti”, „Maść na porost zębów”, „Mazury – impotent w szponach nimfomanek”. W „Skandalach” można było wysyłkowo zamówić produkty z naszej branży, np. „Akupresy – sandały zdrowia” za jedyne 139 tys. zł („Przebój stulecia! Może stać się niezwykłość – cierpienia ustąpią”). Moje wszystkie cierpienia ustąpiły podczas pisania tego felietonu, bo wróciłem do wesołego miasteczka lat 90.

PS. Te cyfry podali kosmici: 1, 2, 3, 4, 5, 6. Takie numery wylosowano: 7, 17, 19, 38, 43, 48.
 

fot. 123rf
Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
ZAMKNIJ X
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ