ZA DUŻO... [FELIETON]
PYTANIA: 1. Oglądałeś już „Fallout”? 2. Słyszałeś, jest drugi sezon „Rodu Smoka”? 3. Czytałeś serię Eberharda Mocka? 4. Widziałeś trailer nowego GTA6? 5. Tato, wiesz, że w „Żabce” są lody „Ekipy”? 6. Tato, podrzucisz mnie na Dni Świerzawy, będzie koncert Skolima
![ZA DUŻO... [FELIETON] ZA DUŻO... [FELIETON]](Resources/ar/114001/114021/1773739994e1b424.jpg)
ODPOWIEDZI 1. Nie, ale kiedyś obejrzę, nie rób „spoilerów”. 2. Już jest? Pierwszy oglądałem trzy lata temu, nic nie pamiętam. 3. Słyszałem, że dobre, może kiedyś. 4. Czego? 5. Jakiej „Ekipy”? 6. Kogo?
Oto pytania znajomych i córek oraz moje odpowiedzi. Jak większość ludzi, lubię książki, filmy i seriale, a muzyka jest dla mnie potrzebą fizjologiczną. Czytelnicy pamiętający świat analogowy (bez internetu) wiedzą, że dostępność kultury jest obecnie nieporównywalnie większa, bo w usługach streamingowych mamy „wszystko na kliknięcie”.
W dzieciństwie na dobre książki musiałem polować w księgarni, licząc na „fuksa” albo „znajomości”. W bibliotece na „Władcę Pierścieni” czekałem pół roku na liście kolejkowej. Uwielbiałem festyny pierwszomajowe, bo tylko tam mogłem bez problemu kupić komiksy o Tytusie czy Kajku i Kokoszu. Płyty zachodnich wykonawców były praktycznie niedostępne oficjalnie, a moje pokolenie za „komuny” poznawało muzykę głównie z „Listy Przebojów Programu III” i „Przebojów Dwójki” w TVP. Jeżeli miało się kolegów, których rodziców było stać na płyty, nagrywałem od nich na kasety. W kinie wyświetlano „cenzuralne” hollywoodzkie przeboje filmowe, jak „Szczęki”, „Gwiezdne Wojny”, czy „Obcy”. W telewizji największą atrakcją były zachodnie filmy wojenne, katastroficzne i westerny w sobotni wieczór. Każdy serial spoza „demoludów” z miejsca zostawał przebojem, np. „Niewolnica Isaura” – pierwsza latynoska telenowela w Polsce, czy australijska opera mydlana „Powrót do Edenu”.
Kultura w PRL, nawet z jej cenzurą i „brakami rynkowymi”, miała cechę wspólną z Zachodem. Z powodu „fizycznego” ograniczenia dostępności, wszyscy znali mniej więcej to samo. Już przeciętna popularność piosenki oznaczała, że znać ją będą „wszyscy”. Wykonawców z listy przebojów „Trójki” (np. Hey, Depeche Mode, Edyta Bartosiewicz, Lady Pank, Republika, U2, Kult, Maanam, Madonna, Myslovitz) zna każdy w Polsce, kto ma ponad 40 lat. Te osoby, jeżeli na imprezie usłyszą ABBĘ, Michaela Jacksona, Wham!, Madonnę czy Boney M., będą znały te piosenki sprzed 40-50 lat. W USA każde pokolenie wychowane w epoce sieciowej TV ma seriale i programy, które kształtowały wspólną pamięć („I Love Lucy”, „Bonanza” czy „Friends”).
Ok. 2010 r. zaczęła się rewolucja streamingowa. Większość muzyki popularnej i znacząca oferta filmów i seriali stała się dostępna „na przycisk” w serwisach Spotify i Netflix. Lawinowo zwiększyła się oferta i łatwość dostępu. Każdy może mieć swoje radio, własną (niewidzialną dla innych) półkę z muzyką, filmami i serialami. Często jednak oglądamy i słuchamy głównie algorytmicznych rekomendacji serwisów. Każdy ma dostęp do sezamu, ale niczym bohater „złotej kaczki” napychamy się tym bogactwem w samotności. Każdy zna dużo fajnych rzeczy, ale coraz mniej znamy wspólnie.
W Spotify mamy setki milionów utworów, ale każdy słucha w swojej bańce. Niestety, wspólnota kulturowa wyparowuje z tego gigantycznego (nomen omen) szwedzkiego stołu. Rekordzistami z miliardami odtworzeń są: The Weeknd, Ed Sheeran, Lewis Capaldi, Harry Styles, The Neighbourhood, Post Malone, Drake, The Kid Laroi, Imagine Dragons i Glass Animals (ciekawostka: 1% wykonawców zgarnia 90% wpływów Spotify). Jestem maniakiem muzyki, ale cztery nazwy widzę po raz pierwszy, a z Top100 utworów, kojarzę 10. Nie sugeruję, że „panie, kiedyś to była muzyka, a teraz badziewie”. Zawsze są ludzie tworzący wspaniałe dzieła. Te dzieła stały się teraz (technicznie) sto razy łatwiej dostępne, ale mamy sto razy mniejszą szansą, aby je naprawdę poznać. Szkoda, że przy okazji tracimy wspaniałą cechę kultury: wspólnotę jej przeżywania. Przez 20 lat piłem hektolitrami z sieciowego „rurociągu z muzyką”, niczym geś karmiona przemysłowo na stłuszczoną wątrobę. W praktyce nie poznałem niczego, tylko zrobiłem sobie sieczkę z mózgu. Od paru lat jestem na odwyku, skończyłem ze streamingiem i mam swoją kolekcję muzyczną. Znów czuję smak muzyki i wreszcie znam moje płyty. Hura!
PS. Kto zaśpiewa ze mną przeboje sprzed 40 lat? „Skóra” Aya RL, „Careles Whisper” George Michael, „Take On Me” a-ha, „Like a Virgin” Madonna, „We Are the World” USA for Africa, „So Far Away” Dire Straits, „Dwa serca, dwa smutki” Bajm, „There Must Be an Angel” Eurythmics, „Tak długo czekam” Republika. A które przeboje z 2025 r. będziemy znali WSZYSCY na imprezie w 2065?Będę miał 92 lata, nie wiem czy dotrę, ale dajcie mi znać, co śpiewaliście.





Komentarze