Partner serwisu
Tylko u nas
15 stycznia 2021

BEATLES, UWAŻAJ!

Kategoria: Felietony Rafała Ruty

BEZPIECZEŃSTWO V1.0: Potrzebne były dwa taborety. Nasze miały pomarańczowe, plastikowe, okrągłe siedziska. W siedziskach były osadzone aluminiowe nóżki, z czarnymi, gumowymi ochraniaczami na końcu. Ochraniacze były kluczowe, bez nich nie dałoby rady. Jeden taboret należało odwrócić i położyć na dywanie w salonie. Drugi stawiało się na tym odwróconym. Gumowe ochraniacze nóg opierały się o siebie, a stołki tworzyły elastyczną konstrukcję. Można było się bawić!

BEATLES, UWAŻAJ!

Beatlesem był zawsze mój młodszy o dwa lata brat. Dla siebie rezerwowałem rolę „zapewnienia bezpieczeństwa”. Beatles wdrapywał się na górny stołek. Oparte o siebie aluminiowe nogi rozszerzały się na boki, wyginając i naprężając plastikowe siedziska. Zadaniem Beatlesa było przejście na stołkach na drugi koniec pokoju, balansując ciałem tak, że dolny stołek robił na dywanie „kroki”, przechylając się na lewo i na prawo. Rodziców nie było w domu, ale wszystko było oczywiście całkowicie bezpieczne. Gdy tylko „dział zapewnienia bezpieczeństwa” dostrzegł, że zaparte o siebie nogi stołków zaczynają się rozsuwać, a stabilność pojazdu jest zagrożona, rozlegał się okrzyk „BEATLES, UWAŻAJ!”. Wtedy (i tylko wtedy) kierowca pojazdu mógł się ewakuować.

Skuteczność stołkochodu w docieraniu do końca dywanu oceniam na mocne 30%. W pozostałych 70% przypadków Bealtes na mój okrzyk dawał radę się bezpiecznie ewakuować, nie nadziewając się brzuchem ani innymi wrażliwymi częściami ciała na aluminiowe nogi stołka. Z perspektywy 38 lat mogę stwierdzić, że bezpieczeństwo było zapewnione w 100%, bo brat wciąż jest w jednym kawałku.

BEZPIECZEŃSTWO V127.0: Nie wszyscy chcą zakładać, że „jakoś to będzie” i wolą „100% bezpieczeństwa, np. ziemska cywilizacja w powieści Stanisława Lema „Powrót z gwiazd”. Widzimy ten świat oczami astronauty, powracającego po 10 latach z podróży międzygwiezdnej. Na skutek dylatacji czasu, na Ziemi minęło jednak 127 lat. W ramach zapewnienia powszechnego bezpieczeństwa, dzieci po narodzinach poddawane są obowiązkowej „betryzacji”, czyli operacji mózgu likwidującej agresję i skłonność do ryzyka. Spełnił się pacyfistyczny sen – nie ma wojen, agresji i kłótni, a postęp techniczny (kontrola grawitacji) wyeliminował większość zagrożeń fizycznych, np. wypadki komunikacyjne. Nikt nie musi pracować, bo wszystkie prace wykonują automaty. Nawet chirurgią zajmują się roboty, bo zbetryzowani ludzie nie są w stanie nikogo zranić, nawet w formie operacji. Wszyscy mają zagwarantowane utrzymanie, więc ludzkość spędza życie na rozrywkach i rekreacji, oddając się konsumpcji. Pielęgnowany jest kult młodości i piękna, podtrzymywanych zabiegami medycznymi. Tylko wąska grupa intelektualnej elity zajmuje się nauką i regulacją tego perfekcyjnego społeczeństwa.

Niebetryzowani astronauci powracający z gwiazd traktowani są jako „odmrożeni jaskiniowcy”. Ich wyprawa i powrót nie budzą żadnego zainteresowania, bo ludzie wyzbyli się takich ryzykowanych, barbarzyńskich dążeń, jak eksploracja kosmosu. Sztuka odnosząca się do gwałtownych emocji i agresji (np. Szekspir) jest odbierana jako barbarzyństwo, jedyną formą kultury są mdłe „telenowele”. Nie ma mowy o aktywnościach typu sztuki walki, czy sportach narażających na kontuzje. W relacjach intymnych także nie ma miejsca na napięcia, stresy i niepewność. Małżeństwa są więc aranżowane (z okresem próbnym), a po zdaniu dodatkowego egzaminu na rodzica, można mieć nawet dzieci.

Nie będę streszczał książki, ale bardzo polecam „Powrót z gwiazd”. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie zamieniłbym „niepewności” świata w zamian za tak rozumiane 100% bezpieczeństwo. Już wolę „Beatles uważaj!”

BEZPIECZEŃSTWO 3.0. Zanim zacząłem pracę w obszarze produkcji, traktowałem GMP jako coś w rodzaju „betryzacji” procesów wytwórczych w branży farmaceutycznej, czyli systemową gwarancję 100% bezpieczeństwa. Teraz widzę to inaczej, gdy widzę GMP „od środka”. Uczestnictwo w audytach, procesowaniu odchyleń, ale nawet zwykłe wizyty na wydziałach produkcyjnych uświadomiły mi, że założenia zapewnienia jakości w bardzo „ludzki” sposób przekładają się na praktykę. Nie jest to „hamletyzowanie”, tylko praktyczne wdrażanie logicznych kroków. Zapewnienie jakości nie oznacza wcale, że zawsze wszystko się udaje. Oczywiście, że popełniamy błędy, ale jest spora szansa, że nie popełnimy takich samych błędów w przyszłości. Popełnimy inne, ale z nich też wyciągniemy wnioski.

Nazwałbym to podejściem „good enough”. Procedury nigdy nie będą „obiektywne”, bo realizują je ludzie. W dobrym GMP, gdy coś idzie nie tak, to ludzie wiedzą, że nie tyle „nie mogą”, co „nie muszą” tego ukrywać, mataczyć albo kłamać. Skupiamy się na dotarciu do przyczyn i wyciągnięciu wniosków. Pytamy: jak możemy zmodyfikować procedury, żeby to się nie powtórzyło w przyszłości? Widzę teraz, że w nazwie „Good Manufacturing PRACTICE” to ostatnie słowo jest kluczowe.

PS. W naszej branży GMP jest standardem, ale w wielu obszarach „Beatles uważaj!” wciąż trzyma się mocno. To podejście do bezpieczeństwa nazwałbym „Spokojnie, zmieścisz się!”. Nie wszyscy eksperci zgadzają się co do jej skuteczności, jednak w niektórych krajach, nawet wśród członków Unii Europejskiej, metoda nie została „pochopnie” zarzucona i znajduje zastosowania w takich dziedzinach, jak np. w kontrola ruchu lotniczego albo w zarządzaniu kryzysowym podczas epidemii...

fot. 123rf/zd. ilustracyjne
Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ